Spacer internetowy

     z wyprawy na największy masyw górski w Alpach .:.
Start .:. Relacje .:. Refleksje .:. Epizod z Khan Tengri
Epizod z Khan Tengri Drukuj Email
Ocena użytkowników: / 6
SłabyŚwietny 
Relacje - Refleksje
Wpisany przez Wojtek   
niedziela, 05 września 2010 18:59

Po otrzymaniu materiału od Pawła postanowiłem założyć nową zakładkę pod tytułem Refleksje, a dlaczego - zapraszam do lektury:

Khan Tengri - zdobywcygor.pl - fot. Paweł Ząbek

Staję i dyszę, jak lokomotywa z wiersza Brzechwy, wmawiam sobie że po dziesięciu oddechach pójdę dalej. Po dwudziestu przestaję liczyć i dalej stoję. Przypominam sobie wszystkie teorie poruszania się na wysokościach (równe oddechy, powolne kroki itd.) , nie wiem dlaczego ale żadna nie działa. Słońce smaży niemiłosiernie. Mam na sobie jedynie delikatną bieliznę, a czuję jakby przykładano do mojego ciała rozgrzane żelazko i prasowano je gorącą parą. Stoję tak długo, że nareszcie czuję jakbym mógł rześko podbiec z plecakiem przynajmniej całe sto metrów. Ruszam, trzy kroki i znowu staję, to jakiś koszmar. Pod nogami zamiast śniegu grząski cukier. Rozglądam się gdzie jestem.

Niedaleko przede mną Bogdan Marcin i Michał. Jak się później dowiaduję kipiący adrenaliną Marcin dorównuje tempa Bogdanowi ponieważ całą drogę, uparcie urabia go nad próbą ataku szczytowego w dniu następnym. Za mną w sporej odległości Ewa a jeszcze dalej Irek. Następne trzy kroki, zastanawiam się dlaczego idziemy o takiej porze i dlaczego jest takie gorąco. Moja podświadomość przebija się i wyraźnie dochodzi do głosu. Przypomina mi się scena z mniej więcej przed pół roku. Ja Karolinka i Patrycja, chlapiemy się w łazience zimną wodą. Powiem więcej oblewamy się, wręcz wylewamy na siebie całe butelki zimnej wody. Wrzask pisk i wszystko co możliwe jest całkowicie mokre, a na podłodze jest spory potop. Wszyscy są zadowoleni i roześmiani oprócz Basi. Nie wiem dlaczego ale ona nie rozumie takich wspaniałych chwil. Wracam na ścieżkę, znowu trzy kroki. Nachylam się i nabieram do ust trochę śniegu. Dlaczego on jest taki ciepły? Przydała by się tamta rześka woda z łazienki. Słońce świeci z lewej strony, więc ból lewego ramienia jest prawie nie do wytrzymania. Przypala się jakby przykładano na nie rozgrzane żelazko z podwójnym dozowaniem gorącej pary. Czy tak jest w na pustyni w Egipcie? Przed oczami pojawiają mi się sceny z filmów gdzie zagubieni bohaterowie przemierzają bezkresne połacie piasku za poszukiwaniem źródełek z wodą. Teraz ja czuję się tak samo. Myślę że jest grubo ponad + 45oC. Nareszcie wybawienie. Nie wiem skąd ale zabłąkany obłoczek przysłania słońce. Wzmaga się zimny wiatr. Z Egipskiej pustyni zostaję w jednej chwili przeniesiony dużo poniżej 0 oC. Zamiast trzech od razu robię dziesięć kroków, staję dyszę jak lokomotywa z wiersza Brzechwy… wydaj mi się że już to przerabiałem, ale tym razem zaczynam odczuwać zimno, możliwe że jest -10 oC. Zdejmuję plecak i ubieram soft-shela. Łyk herbaty, ubieram plecak i znowu dyszę. Dziesięć kroków i małą chmurę przegania wiatr. Wraca afrykańskie palące słońce. Staję ściągam plecak i soft-shela, łyk herbaty z rozpuszczającym się śniegiem, który jeszcze zgrzyta w zębach. Ruszam, trzy kroki, znów przypominają mi się córki… Zastanawiam się czy częściej nie powinienem wyjeżdżać w góry, miałbym więcej czasu na samotne długie wspominanie i rozmyślanie nad tym co w życiu jest ważne, a teraz uświadamiam sobie że to One właśnie są najważniejsze. Chyba trzeba pojechać w takie góry żeby do tego dorosnąć. Dalej rozmyślam, co chciałbym i co powinienem jeszcze w życiu zrobić. Znów staję i dyszę. Czas wydaje się upływać strasznie wolno, a droga nie mieć końca. Z góry słyszę „szewskie teksty” wykrzykiwane przez Michała. Chyba odczuwa to co ja tylko inaczej to wyraża. Dochodzę do niego i razem popijamy herbatę ze śniegiem. Siedzimy i dyskutujemy nas sensem czy bezsensem naszego wysiłku. Bogdan z Marcinem znikają nam z pola widzenia, chowając się w wielkiej szczelinie pod olbrzymim serakiem. Po 20 minutach sam wchodzę w tą szczelinę i moim oczom ukazuje się kilkunasto namiotowe miasteczko. Docieram do obozu trzeciego, tuż pod przełęczą. Boguś podaje mi jet-boila z już rozpuszczonym śniegiem i musującą tabletka witaminową. Nic więcej mi teraz nie trzeba! Jestem spełniony i szczęśliwy na ponad 5 800 mnpm.

Dzień później, wracamy do dwójki. Rozsądek uczestników wyjścia zwyciężył i koncepcja ataku szczytowego, Macina nie przeszła. Zakończyliśmy aklimatyzacyjne podejście na granicy granitu i marmuru ponad 6 100 npm. Pogoda nie różni się od tej z dnia wcześniejszego, kiedy podchodziliśmy do trójki. Ta sama ścieżka, to samo afrykańskie słońce, taki sam cukier poda nogami, tylko nie dyszę. Jest trochę przyjemniej. Ale nie wszystko jest takie miłe, co kilka kroków podnoszę ciężkie jakby zabetonowane z podłożem nogi i ostukuje je kijkami. Na butach mam raki pewnej firmy na S… których anty-snowy z założenia służą chyba do zlepiania olbrzymich śnieżnych kul pod podeszwami butów. Prawie nie da się zchodzić. Znowu strzepuję śnieg. Pocieszam się że nie tylko jam mam takie raki. Michał i Bogdan wyraźnie przyspieszają i oddalają się. Marcin i Ewa zostają w tyle guzdrząc się w tym śniegu. Mijam Irka, zamieniając kilka słów. Daleko z przodu Bogdan i Michał leniwie odpoczywają siedząc na plecakach. Pomyślałem sobie, że do nich dojdę, natopię trochę śniegu i przygotuję coś do picia, dla tych co ślimaczą się z tyłu. Będzie miło. Znów obijam buty. Znowu ubrani jesteśmy zaledwie w bieliznę. Słońce znowu smaży mi tym razem prawe ramie. Pod sobą czuję potężne głębokie tąpnięcie. Serce zaczyna mi łomotać. Nie wiem skąd słyszę ogromny szum przesuwających się mas śniegu. Błyskawicznie dociera do mnie i krzyczę: O Kurwa Lawina!. Panicznie rozglądam się dokoła. Cała lewa strona ściany żlebu sunie w moim kierunku. Patrzę pod nogi czy to, na czym stoję już ruszyło, czy jeszcze jest stabilne. Biegnę ile sił, pomagając sobie kijami. Serce wali coraz szybciej. Tysiące myśli na sekundę. Uciekam w przeciwną prawą stronę, kierując się lekko do góry. Ciągle patrzę pod nogi czy to, po czym biegnę już zaczęło wyjeżdżać? I nie wiem czy jeszcze stoi czy już wyjeżdża. Myśli kotłują się w głowie. Nie ma czasu. Biegnę. Uciekają pojedyncze sekundy. Kontem oka widzę jak poniżej biegną Bogdan z Michałem. Ciągle w głowie powraca myśl że, jak wymiecie cały ten śnieg to polecimy przez dwójkę do butelki, a wtedy to już będzie koniec naszej przygody. Muszę z tego miejsca uciekać! Odwracam głowę i widzę jak półtora do dwu metrowa lawina o szerokości dwustu może trzystu metrów, w której jestem w połowie przykryła już ścieżkę i sunie w moją stronę. Dociera do mnie, że powinienem rozpiąć plecak, i wyrzucić kije, ale kiedy mam to zrobić? Świadomość ucieczki jest silniejsza. Mija następna sekunda. Biegnę i nagle cisza. Odwracam głowę tak jak ściana ruszyła tak samo stanęła! Ścieżki już nie ma. Wyżej, stoi Irek, a jeszcze wyżej Marcin i Ewa wszyscy nieruchomi jak ściana.

Lawina Khan Tengri

Oni byli poza zasięgiem żywiołu. Poniżej daleko po prawej Bogdan i Michał. Dyszą tak jak ja. Mam wrażenie, że płuca wyskoczą mi na zewnątrz a moje serce jeszcze nigdy tak szybko nie biło. Dociera do mnie ze gdzieś tu dookoła są szczeliny lodowe. Pewnie są jeszcze bardziej groźne niż ta pieprzona lawina. Ale teraz to nie ma znaczenia. Opieram się na kijach i próbuję doprowadzić się do przytomności. Na zmianę to kręci mi się, to ściemnia w głowie. Ciągle nie mogę złapać oddechu. Teraz sekundy upływają dużo wolniej. Myśli ciągle się kotłują. Wpadają pytania jak to się stało? Dlaczego to pojechało? Nie miało prawa! Nie to miejsce! Przypominam sobie o zachowaniu w sytuacji zagrożenia lawinowego, rozpinaniu plecaku, i ściągnięciu kijów z nadgarstków, ale w tedy nie było na to czasu, a odruch panicznego biegu, ucieczki był silniejszy. Wszystko trwało zaledwie kilka sekund, a teraz wydawało mi się, że uciekałem przed nią całą wieczność. Rozglądam się jeszcze raz. Najważniejsze że wszyscy żyjemy. Przypomina mi się wczorajsze podejście. Czy Pan Niebios, lub Pan Dusz jak tłumaczy się nazwę Chan Tengri chciał ze mną teraz podyskutować, nad tym co wczoraj rozmyślałem? Ciągle dyszę a serce łomoce niemiłosiernie. Nie mogę zebrać myśli. Czy to o czym snułem plany, to co chciałem zrobić jeszcze w życiu, czy ja mam tyle czasu, czy go już nie mam? Co to był za znak? Co Chan chciał mi powiedzieć? Przypomina mi się Karolinka i Patrycja, śmiejące się i biegające. Przecież one dla mnie są najważniejsze. Co ja tu robię? Powoli wracam do życia. Oddech wraca do normy. Idę w kierunku Michała i Bogdana. Oj jest o czym gadać. Ja pierdole!

Już po powrocie dowiedziałem się, że zaledwie kilka dni po naszym wyjeździe 17.08.2010 lawina po południowej stronie zabrała 7 osób, zabijając dwie w tym Polkę i Włocha - tragedia.

Paweł

 
Przetłumacz stronę na język angielski Wersja językowa - niemiecka

Licznik odwiedzin

Dzisiaj >25
Wczoraj >257
W tygodniu >525
W miesiącu >4354
Wszytskie >527714

Odwiedza nas

Naszą witrynę przegląda teraz 46 gości 

Ta strona używa cookie. Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. To find out more about the cookies we use and how to delete them, see our privacy policy.

I accept cookies from this site.

EU Cookie Directive Module Information