Spacer internetowy

     z wyprawy na największy masyw górski w Alpach .:.

 

Zdobywcy Gór

    zapraszają do panoram .:.
Start .:. Relacje .:. Skitury .:. Grossvenediger 3666 m n.p.m. czyli czerwcowe tury lodowcowe
Grossvenediger 3666 m n.p.m. czyli czerwcowe tury lodowcowe Drukuj Email
Ocena użytkowników: / 8
SłabyŚwietny 
Relacje - Skitury
Wpisany przez Agnieszka   
wtorek, 15 czerwca 2010 21:00

Alpy powitały nas nocą rozgwieżdżoną, bezksiężycową, ciemną. Jedynie zarys gór obiecywał niebywałe widoki, które wraz brzaskiem miały ukazać się naszym oczom. Noc pod gołym niebem na parkingu wywołuje wspomnienie tych spędzonych pod namiotami albo na obozach harcerskich… O 6 rano budzi mnie monotonny dźwięk dzwonka dyndającego przy głowie wcinającej trawę krowy. Pobudka o 6.00, pakujemy tylko niezbędne rzeczy, ale i tak plecak ciąży okrutnie. Pierwszy kilkukilometrowy odcinek drogi pokonujemy miejscowym transportem. Jak się później okaże, nasz kierowca jest też właścicielem urokliwego schroniska, ale o tym potem…

 Tych kilka kilometrów przebywamy w kilkanaście minut do miejsca, skąd samochód już dalej nie pojedzie. I tu rozpoczyna się właściwa przygoda okraszona litrami potu, zakwasami w mięśniach, nieprawdopodobnymi widokami i niebywałą radością dokonania rzeczy niecodziennej. Okazuje się, ze Mariusz nie zapakował najbardziej niezbędnej rzeczy – aparatu fotograficznego. Dlatego zdjęcia z wyprawy robione są przez Janka kamerą i „bele czym”, czyli naszymi telefonami…


 Pogoda przepiękna, słońce radośnie przygrzewa. Być może jeszcze dzisiaj Grossvenediger 3666 m n.p.m. będzie nasz. Wkrótce okaże się jednak, że nasz papierowy przewodnik kłamie! Do schroniska miało być 1,5 godziny, ale po kolejnym drogowskazie 1,5 h do… zaczęliśmy wątpić, czy to schronisko tam w ogóle jest. Ostatecznie cel osiągamy po 4 godzinach zasuwania w prawie bezwietrznym skwarze. Jest 13.00, szkoda czasu. Wrzucamy coś na ząb, uzupełniamy płyny zimnym piwem i decydujemy się na mały rekonesans po okolicy. Ostatecznie dochodzimy na wysokość 2.900. Dzisiaj nie będzie mi jeszcze dane przekroczyć magicznej wysokości 3000 mnpm. Słońce znowu dopiekło, musimy uzupełnić płyny w oczekiwaniu na kolację.

 Trochę o schronisku Kursingerhutte Położone na wysokości 2558 m n.p.m., drewniane, zaskakuje klasą, gdy porówna się je do naszych, polskich odpowiedników. Zauważalny jest brak tak uwielbianych w naszych stronach – turystycznych wotów, pamiątek, połamanych nart i tym podobnych bibelotów. Mimo to wnętrze jest bardzo przytulne i panuje w nim rodzinna atmosfera, choć Austriacy nie należą do wylewnych.

Karta dań na kolację obejmuje zupę oraz do wyboru 4 dania główne, w tym jedno dla wegetarian. Nazw tych potraw nawet nie da się przeczytać, ale smakują wyśmienicie. Do tego napoje (do wyboru piwo, wino, napoje bezalkoholowe – ale kto by takie zamawiał) i deser – nie do przejedzenia. Podane na porcelanie i do stołu – a wszystko na 2600 m npm!

Najmniej urokliwym miejscem, za to najcieplejszym jest pomieszczenie na szpeje, ze specyficznym zapachem wiekowych skarpet :-)

 Pobudka o 4.00, śniadanie, wyjście o 5.30. Nie opuszczają mnie wątpliwości czy dam radę. Kilka grup już przed nami wyszła. Jedni na skiturach, inni pieszo, jeszcze inni na rakietach. Za kilka godzin okaże się, że wyprawa z buta dzisiejszego dnia będzie najgorszym wyborem. Dotarcie do samego lodowca zajmuje nam ok. 1,5 godziny. Pod skałą pozostawiamy pakunek z częścią bagażu i z odchudzonymi plecakami, połączeni liną  zasuwamy metr po metrze do szczytu. Temperatura wzrasta, słońce zaczyna grzać niemiłosiernie. Co jakiś czas trzeba znowu się posmarować 50tką, co nie do końca uchroni mnie przed konsekwencjami nadmiernej ekspozycji na słońce – po powrocie jeszcze przez tydzień opryszczka nie zejdzie z ust.


Docieramy do grani i oczom ukazuje się przepiękna panorama Alp, w oddali Grossglockner. Osiągamy nareszcie wysokość 3000 m npm. Po raz pierwszy jestem na tej wysokości na nogach. Teraz już zaczynam wierzyć, że dam radę. Bardzo strome podejście, ześlizguję się przy nawrocie, zdzieram łokieć próbując się zatrzymać. Na szczęście nie jestem sama i chłopaki pomagają mi się podnieść, co nie jest łatwą sprawą. Asekuracja nie jest w tych warunkach 100 procentowa, nawet śruby lodowe nie trzymają. Na reszcie koniec tego najtrudniejszego podejścia. Teraz przeszkodą będzie wysokość. Nie wiem jak zachowa się mój organizm na tej wysokości. 3200, 3400, widać już szczyt. Przystanki częstsze, ale to już nie ważne, jeszcze kilka kroków i… jesteśmy na górze. Kilkadziesiąt metrów po grani, aż do ośnieżonego krzyża na samym wierzchołku. Co za widok! Kilka pamiątkowych fotek i coś, co Mariusz lubi najbardziej…  w dół :-) Śnieg zdążył już zmięknąć i po kilkudziesięciu metrach już wiadomo, że zjazd da nam, a szczególnie mnie, w kość.  To już nie jest przyjemność, a walka o przetrwanie. Uda palą jak opiekane. Dojeżdżamy do znajomego głazu, dopakowujemy bagaż. Nie będzie lżej. Grawitacja niemiłosiernie dociska. Śnieg coraz cięższy, a muldy zdradliwe. Jedna z nich dopada mnie znienacka i na chwilę staję się małym spychaczem. Tym razem Janek nie zdążył tego sfilmować. Ostatnia łacha śniegu i możemy zrzucić narciarskie buty. Ponownie doładowujemy plecaki w narty i buty. Komórki ostatni zasięg miały na Gorssvenedigrze, teraz pozostaje nam nadzieja, że ktoś zamówił transport i uda się nam złapać stopa. Nic bardziej mylnego. Gdzieś po drodze znajduje się przyjemne schronisko naszego kierowcy, teraz jest to nasz motywator. Po drodze pada deklaracja rezygnacji z transportu na korzyść uzupełnienia płynów miejscowym, chłodnym piwem.


Nareszcie dochodzimy do chronisku Berndlalm (właściwsze określenie: karczma). Prawdziwie siejska psiejska atmosfera. Kaiser na Dzień Dobry. Gulasz i kotlet Hubertusa wzmacniają mocno nadwątlone siły. Nasz kierowca okazuje się także kelnerem w skórzanych spodenkach, a jego synek to taka mała miniaturka także w skórzanych spodenkach. W tle bawarskie jodłowanie w wykonaniu trojga emerytów. Zmęczenie zamienia się w błogość. Chłopaki spoglądają w majaczące na horyzoncie góry i tylko słyszę: „widzisz ten żleb, ale byłaby jazda…”.

 Wyprawa z Jankiem i Mariuszem to prawdziwy rarytas, ogromna przyjemność i cała garść unikalnego doświadczenia, którego próżno by szukać w podręcznikach…

 Zapraszam do skromnej galerii

 Agnieszka


Kilka przydatnych informacji:

- punkt wyjścia parking Hopfeld-boden w miejscowości Neukirchen am Grossvenediger

- odległość z Bielska-Białej ok. 800 km, czas dojazdu samochodem osobowym ok. 8 h

- koszt transportu taksówką z Hopfeld-boden do Oberer-Keesboden: 46 Euro do podziału na uczestników

- nocleg w schronisku Kursingerhutte wraz z kolacją i śniadaniem 34 Euro/os dla członków OEAV

- brak zasięgu komórek

- cena piwa w schronisku 3,5 Euro

- czas dotarcia do schroniska z Oberer-Keesboden zimową drogą realnie ok. 4 h

- czas dotarcia na szczyt ze schroniska 4,5 h wg przewodników, realnie nieco ponad  5 h.

 
Przetłumacz stronę na język angielski Wersja językowa - niemiecka

Licznik odwiedzin

Dzisiaj >37
Wczoraj >279
W tygodniu >1350
W miesiącu >5179
Wszytskie >528539

Odwiedza nas

Naszą witrynę przegląda teraz 15 gości 

Ta strona używa cookie. Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. To find out more about the cookies we use and how to delete them, see our privacy policy.

I accept cookies from this site.

EU Cookie Directive Module Information