Spacer internetowy

     z wyprawy na największy masyw górski w Alpach .:.

 

Zdobywcy Gór

    zapraszają do panoram .:.
Start .:. Relacje .:. Trekking .:. Obóz zimowy Biala Woda
Obóz zimowy Biala Woda Drukuj Email
Ocena użytkowników: / 2
SłabyŚwietny 
Relacje - Trekking
Wpisany przez Paweł   
wtorek, 24 marca 2009 23:24

Lista uczestników wyjazdu, kruszyła się z każdym dniem zbliżającym nas do terminu wyjazdu. W piątek okazało się że, jadę tylko z Bogdanem. Obóz już trwał cały tydzień, a my wybieraliśmy się na jego zakończenie, z nadzieją na ciekawe zimowe drogi.
W tym miejscu krótkie info:

  • dla WW. Podjąłeś jedyną słuszną decyzję - zdrowie dziewczynek było ważniejsze. Tej nocy one bardziej potrzebowały twojej opieki niż my towarzystwa.
  • dla reszty ekipy: jesteście spleśniałe mięczaki

W piątek o dziwo udało nam się wyjechać dość szybko. Sprawdziła się teoria, że zespół przede wszystkim musi być sprawny. Z Łysej Polany wyszliśmy przed 21.00. W połowie drogi do schroniskowa w dolinie Roztoki, postanowiliśmy sprawdzić gdzie mamy dojść, no i tu zaczęła się nasza przygoda. Ku naszemu zdziwieniu okazało się że, jesteśmy nie na tym szlaku co trzeba. Na szczęście udało nam się połączyć z prezesem Marcinem, jak się później okazało niestety było to nasza ostatnia rozmowa. Ustalenie skrótowego przejścia przez "zieloną granicę" nie zajęło nam zbyt dużo czasu. Wytłumaczyliśmy sobie że w końcu należymy do strefy Schengen. Przy schronisku odbiliśmy ze szlaku próbując przeprawić się przez Białkę na drugą stronę. Prawdę mówiąc Bogdan już był na drugim jej brzegu. Poruszaliśmy się na turach. Przed samym dojściem do brzegu strumienia, nie wiem jak, ale zaparkowałem w zaspie. Najlepszym się zdarza. Jak tylko doszedłem do Bogdana odruchowo zapytałem czy wszystko jest na miejscu wskazując na plecak. W odpowiedzi zobaczyłem wybałuszone ze zdziwienia oczy i usłyszałem NLNM. Nie miałem jednego buta. Nie pozostało nic innego jak tylko natychmiastowy powrót ekipy poszukiwawczej. Niestety ten złośliwy śmierdzący trampek wypadł tuż po zejściu asfaltu do Moka, zaraz za Palenicą. Będąc prawie w punkcie wyjścia postanowiliśmy wrócić na Łysą i już niebieskim szlakiem dotrzeć bez większych przygód do leśniczówki. Podczas ostatniej rozmowy Prezes optymistycznie przekazał, że warunki na szlaku są dobre i droga jest do zrobienia w 2 do 3 godzin. Była 12.30 czyli już sobota. Godzina dojścia jak się nam wydawało nie miała już większego znaczenia, więc korzystając z okazji odnalezienia mojego obuwia postanowiliśmy napocząć zapas alkoholu. Każdy pretekst jest dobry, a ten wydawał się wręcz wymarzony.
Droga upływała nam leniwie. Przyjemny mrozik delikatnie chłodził. Nad nami rozpościerało się miliony rozsypanych gwiazd, dając nadzieję na wspaniałą pogodę następnego dnia. Droga - marzenie. Korzystając z przygotowanych przy szlaku ławeczek i stolików pozwalaliśmy sobie krótkie przerwy, raz po raz degustując zawartość butelek. Teraz nasuwa mi się refleksja, że ławek tych było chyba zbyt dużo, bo dochodząc do Polany Białej Wody (1/3 drogi) niespodziewanie zabrakło nam obliczonego na dwa dni zapasu. Zaraz za potokiem było schronisko Roztoki. Korzystając z okazji, że butelki tak szybko wyschły, narzekaliśmy, że gdyby nie but bylibyśmy w tym miejscu kilka godzin wcześniej. Może udało by się donieść te trunki do celu. Co było robić trzeba było iść dalej. Pełzając jak węże przekroczyliśmy szlaban zamykający dalszą drogę dla turystów na teren Parku..
Droga ślimaczyła nam się coraz bardziej. Coraz częściej robiliśmy krótkie przerwy. Miało być 2 do 3 godzin, a niewiadomo dlaczego, nam mijała już 4 godzina. W jakiś momencie zorientowałem się, że idę sam. Po kilku nieudanych próbach połączenia przez komórkę, potem przez radio postanowiłem się wrócić. Jakie było moje zdziwienie jak zobaczyłem leżącego na środku szlaku i smacznie śpiącego towarzysza podróży. Od tego momentu zaczęliśmy podejrzewać że jakieś złośliwe duszki (a mieliśmy swoje typy) ukryły przed nami tabliczkę informującą o miejscu obozu. Przed 6.00 osiągnęliśmy kres naszych możliwości, teraz trudno powiedzieć czy fizycznych czy psychicznych, i na pierwszym napotkanym płaskim kawałku szlaku ułożyliśmy się do drzemki. Był to tak błogi stan, tak upragniony, że nie wiem czy zdążyłem zasunąć śpiwór, i już spałem.
Obudziłem się około 8.00. Niedaleko płyną strumień. Odrobinę luksusu na śniadanie, wczorajsza zaschnięta ale pyszna kromeczka, i gorący kubek. Po śniadaniu podjęliśmy próby ustalenia gdzie nasz cel wyprawy się znajduje. Dobre kilkadziesiąt minut skanowałem kanały przez radio z nadzieją że na obozie ktoś będzie również używał radia. Telefony do Koziego i WW, SMS'y do Prezesa z nadzieją że jakieś zabłąkane acz dobre fale go znają i je odbierze. Jakże frustrujący był zwrotny SMS od Prezesa "A gdzie wy właściwie jesteście?" który jakimś cudem udało się odebrać. Niestety pogadać już nam nie było dane. Naprawdę dziura na mapie zasięgu! Krótka narada, co robić dalej i postanawiamy wracać. Wtedy wydawało nam się że zeszłej nocy nasze jastrzębie zmysły mogły być lekko przytępione, byliśmy troszkę zmęczeni, i mogliśmy  przegapić tabliczkę informującą o zejściu ze szlaku do leśniczówki.
Po 11.00 dotarliśmy do Polany Białej Wody, tam wylegitymował nas strażnik Texasu Martin. Na polanie znajduje się szlaban, poza który mogą wchodzić jedynie członkowie KW, no i oczywiście słowackiego odpowiednika. Ponadto na terenie parku nie można nocować. Krótka rozmowa o naszych nocnych przygodach i pytanie o lokalizację leśniczówki wprawiły Martina w stan śmiechowego upojenia. Ala ogólnie dobry człowiek jest z Martina. Jak tylko mógł próbował pomóc dwom niedzielnym turystom, pokazał nam cel na mapie, jak i podjął się wbicia namiarów do naszego GPS'u. Podrażnieni tą sytuacja postanowiliśmy natychmiast wracać. Jak to my zdobywcygor.pl nie możemy dojść do jakiejś tam leśniczówki! Tam też zmieniliśmy cel naszego wyjazdu z: udziału w obozie, na: dojście do obozu. Trzeba było jakoś wybrnąć z głupiej sytuacji.
Na miejsce dotarliśmy w trochę ponad 2 godziny. Ku naszemu zaskoczeniu (żeby nie mówić załamaniu) okazało się że nasze legowisko urządziliśmy w linii prostej 300 m od celu, a 5 min dalej na szlaku znajdowała się żółta tabliczka, nie do przegapienia, informująca gdzie nasz obóz się znajduje. Trochę zmęczeni od razu poszliśmy na popołudniowe leżakowanie, które skończyło się przed ósmą.
W tym miejscu dziękuję wszystkim uczestnikom obozu, że nasz wyczyn uznali za bardzo wyśrubowany rekord w tej kategorii, i nie szydzili zbyt długo J. Wieczór upłyną bardzo miło. Od razu żałowałem, że nie byłem tam dłużej. Nie ma co pisać trzeba to przeżyć.  Będziemy tam za rok - obiecujemy.
W niedziele rano nie dane już nam było się wspinać, więc spakowaliśmy się, i wróciliśmy do domu. Podsumowując był to jeden z bardziej niezapomnianych wypadów. Wnioski nasuwają się same: trzeba znać punkt docelowy na mapie i omijać ławki z daleka!!

 
Przetłumacz stronę na język angielski Wersja językowa - niemiecka

Licznik odwiedzin

Dzisiaj >95
Wczoraj >216
W tygodniu >978
W miesiącu >5006
Wszytskie >542937

Odwiedza nas

Naszą witrynę przegląda teraz 16 gości 

Ta strona używa cookie. Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. To find out more about the cookies we use and how to delete them, see our privacy policy.

I accept cookies from this site.

EU Cookie Directive Module Information