Spacer internetowy

     z wyprawy na największy masyw górski w Alpach .:.
Start .:. Relacje .:. Wyprawy .:. Monte Rosa - zmagania z wiatrem
Monte Rosa - zmagania z wiatrem Drukuj Email
Ocena użytkowników: / 6
SłabyŚwietny 
Relacje - Wyprawy
sobota, 20 czerwca 2009 12:54

Mariusz Lubos, Janek KubicaWyprawa skiturowa w Masyw Monte Rosy - 11-14.czerwca 2009r.

Uczestnicy: Janek Kubica i Mariusz Lubos

Gdy siedzę i piszę te słowa, dotykam obolałej, spalonej słońcem i wiatrem twarzy, zastanawiam się jak opisać te trzy dni spędzone w górach. Jak „przelać na papier” to czego nie da się wyrazić słowami. Dochodzę do wniosku, że nie potrafię tego zrobić, wszystko co zostanie napisane może być tylko płytką, niedoskonałą namiastką tego co naprawdę przeżyliśmy. Całą opowieść można by zacząć tak:

Przygotowania do wyjazdu na Monte Rosę idą już pełną parą, właściwie już wszystko jest zapięte na ostatni guzik, przecież to już dziś wieczorem ruszamy. Około południa dzwoni do mnie Maciek  i oznajmia, że niestety Waldek jest chory i on sam również zaczyna się źle czuć, paskudna grypa żołądkowa. Wychodzi na to, że obaj nie mogą jechać. Po południu telefonuje do mnie Kazik i mówi, że w takim razie on też rezygnuje, ponieważ miał to być jego pierwszy wyjazd turowy i nie chce nam ograniczać zjazdów. Tak więc zostaliśmy z Jankiem we dwóch. Koszty wyjazdu miały być dzielone na pięciu uczestników, auto miało być z firmy Waldka i Maćka, a nas już szarpnął po kieszeni niedawny wyjazd w Dolomity. Po chwili rozmawiam z Jankiem.

- Co w takim razie robimy?- Pyta. Wyczuwam jakiej odpowiedzi oczekuje.

- Jedziemy we dwóch, moim autem.- Odpowiadam po krótkiej chwili.

- To super. W takim razie jestem u ciebie między ósmą a dziewiątą wieczorem.

Jan Kubica, Foto Mariusz Lubos ZermattW efekcie spotykamy się przed Browarem w Żywcu. Dojeżdżają do nas Wojtek, Arek i Janek, którzy swoją podróż rozpoczęli w Rzeszowie. Ich celem jest Matterhorn, ale punktem wyjścia dla nas wszystkich jest szwajcarskie Zermatt. Razem podejmujemy decyzję, że jedziemy osobno ponieważ oni mają auto napędzane gazem będą musieli zjeżdżać z autostrady w poszukiwaniu stacji gazowych, których nie jest zbyt wiele w krajach przez które pojedziemy. Spotkamy się w Tasch lub w Zermatt.

Alpy witają nas już tradycyjnie fatalną pogodą, po prostu leje jak z cebra. Nastroje mamy nietęgie. Na domiar wszystkiego dostajemy telefoniczną informację od Wojtka, że zepsuł im się samochód, na dobre, siadła pompa wody. Są w Austrii, blisko granicy szwajcarskiej, czyli jakieś trzy godziny drogi za nami. Zatrzymujemy się czekamy co postanowią, zastanawiamy się jak im pomóc w tej sytuacji. Po kwadransie znowu dzwoni Wojtek, postanawiają sami naprawiać auto, podróż kończą w efekcie w Dolomitach, ale to już ich opowieść. Tak więc zostaliśmy z Jankiem już zupełnie sami.

Około południa dojeżdżamy do Tasch. Wiatr rozpędza chmury, wychodzi słońce. Znajdujemy parking, szybko przebieramy się w buty turowe i po chwili już jedziemy taksówką do Zermatt. Na miejscu posilamy się, kupujemy mapę i kasetę do kamery i zaraz ruszamy w stronę kolejki na Klein Matterhorn. Po drodze ukazuje się nam majestatyczny Matterhorn. Przyciąga wzrok i hipnotyzuje nas swoim dzikim pięknem. Chyba najwspanialsza góra na świecie.

W kasie kolejki dowiadujemy się że jej górny odcinek jest dziś nieczynny z powodu zbyt silnego wiatru. Możemy dojechać tylko do Trockener Steg na wysokość ok. 2900m n.p.m. Burzy to nam cały misterny plan dotarcia dzisiaj do schronu Rossi e Volante na wysokości ok. 3750 m n.p.m. po włoskiej stronie. Kolejka miała nas wynieść na wysokość 3800m n.p.m., do schronu miało być tylko dwie godziny Mariusz Lubosdrogi i to właściwie bez pokonywania różnicy wysokości. Decydujemy się jednak jechać, co prawda mamy ciężkie plecaki ponieważ mieliśmy założyć bazę w schronie i  stamtąd  już na lekko robić wypady w górę. Mamy jednak namiot i postanawiamy, że idziemy w górę i spędzimy w nim noc. Plecaki ciążą niesamowicie. Janek oblicza, że jego waży ok. 30 kg. Wiatr daje nam się coraz bardziej we znaki. Około godziny 19- tej dochodzimy do Plateau Rosa i postanawiamy rozbić obóz na wysokości ok. 3450 m n.p.m. Znajdujemy jak nam się wydaje bezpieczne miejsce, trochę osłonięte od wiatru. Kopiemy platformę pod namiot i rozkładamy go. Gdy już jest rozpięty na rurkach, pozostaje tylko wbić szpilki i zamocować odciągi. Obchodzę namiot by to zrobić, nagle czuję, że się zapadam, zapada się też śnieg wokół mnie, pode mną otwiera się kilkunastometrowa czeluść. Krzyczę – Janek, szczelina! Łapię obiema rękami za jej krawędzie, całe szczęście jest na tyle wąska, że mogę to zrobić. Janek puszcza namiot, chwyta mnie za kurtkę i pomaga mi się wydostać z powrotem na lodowiec. Patrzymy w głąb szczeliny, w tym samym momencie kątem oka widzę jak nagły podmuch wiatru porywa nam namiot, który zaczyna toczyć się po lodowcu. Bez namysłu ruszam za nim, rzucam się szczupakiem i chwytam za rurkę. Niewiele brakowało byśmy zostali bez namiotu. Czym prędzej zakładamy narty i przenosimy namiot w inne miejsce. Rozkładamy maty i śpiwory do spania, potem przygotowujemy posiłek, nagle słyszymy huk, potem głuchy łoskot, potężna lawina z seraków zwala się niedaleko nas. To tak, by zaakcentować koniec tego emocjonującego dnia.  Słońce zachodzi, na nasz namiot kładzie się cień Matterhornu, robi się zimno. Wskakujemy do śpiworów, czujemy trudy podróży i podejścia z ciężkimi plecakami, zasypiamy natychmiast.

fot Mariusz LubosBudzi nas potężny hałas, dopiero po chwili zdajemy obie sprawę, że to wiatr tak szarpie namiotem, patrzę na zegarek jest godzina 23-cia. Wydaje się, że za chwilę wiatr nas porwie, wygina rurki, szarpie powłoką namiotu, która tak głośno trzepocze, że nie słyszymy się wzajemnie. Zastanawiamy się czy mamy leżeć, czy też  wstać i trzymać namiot. I tak bez końca. Podmuchy wiatru nie dają nam już zasnąć . Rano składamy namiot, wiatr na szczęście słabnie, prostujemy pogięte rurki a przecież namiot nie byle jaki, wyprawowy. Czujemy te dwie ostatnie nieprzespane noce, zaczynamy też odczuwać dłuższe przebywanie na wysokości, jemy niewiele. Pakujemy plecaki i ruszamy w drogę, pogoda wydaje się dobra, na niebie niewiele chmur, wiatr znowu powoli się wzmaga. Po dwóch godzinach dochodzimy na Breithorn plateau na wysokości ok. 3800m n.p.m. tu miała nas wczoraj dowieźć kolejka i tu znowu uderza w nas wiatr. Planujemy jeszcze dzisiaj wejść na Breithorn. Znajdujemy miejsce jak nam się wydaje osłonięte przed wiatrem by się przepakować, założyć uprzęże, zostawić część rzeczy, by na lekko wyruszyć na szczyt. Miejsce jednak nie chroni przed wiatrem jak nam się z początku wydawało. Pędzony wichurą śnieg wciska się wszędzie, oblepia nam twarze, gdzie się topi i zmywa ochronne kremy, co później boleśnie odczujemy. Tymczasem pogoda psuje się coraz bardziej, z północy wiatr przygania chmury widzimy jak wszystkie zespoły wycofują się spod szczytu. W takim razie decydujemy się iść do schronu. Związani liną ruszamy przez lodowiec Verra. Wiatr huczy wokół nas, porywa śnieg, jest tak silny że dwa razy mnie przewraca. W końcu docieramy pod skałę, która nas przed nim osłania. Nie mamy ochoty dalej walczyć z wichurą, postanawiamy rozbić tutaj namiot i czekać na poprawę pogody. Zaczynamy wątpić czy w ogóle uda nam się wyjść na jakikolwiek szczyt w okolicy.Monte Rosa, Mariusz Lubos, Matterhorn Znowu kopiemy platformę pod namiot na wysokości 3750m n.p.m., tym razem na dość stromym stoku, kopania jest więcej, lecz przynajmniej szczeliny nie grożą. Po południu pogoda się trochę poprawia, postanawiamy spróbować wejść na pobliską Roccia Nerę. Lodowiec jest pokryty świeżą warstwą śniegu nie widać żadnych śladów, nie widać też szczelin zawianych śniegiem. Raz tylko zorientowałem się po głuchym odgłosie kroków, że przechodzimy po moście śnieżnym nad szczeliną. Podchodzimy już pod sam wierzchołek gdy nagle pułap chmur znowu zaczyna się obniżać, jesteśmy zmuszeni wycofać się 100 m od szczytu. Pod wieczór, zmęczeni docieramy do namiotu.

Myślimy, że może dziś będziemy spać. Mylimy się. Wiatr szaleje wysoko nad naszą skałą, lecz od czasy do czasu do namiotu dochodzą jego zawirowania. Wygląda to następująco: 10-15 minut zupełnej ciszy podczas której prawie zasypiamy, potem uderzenie wiatru trwające kilkanaście sekund, które wydaje się chce zgnieść namiot. O spaniu w tych warunkach oczywiście nie ma mowy. Przeczekaliśmy noc i gdy tylko robi się jasno, czyli około godziny czwartej szykujemy się do wyjścia w góry. Pogoda jest piękna, bezchmurna, choć lekko wietrzna, ale do tego zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Pierwsze promienie słońca lekko oświetlają wierzchołki Polluxa i Castora, później w całej okazałości ukazuje nam się cały Masyw Mount Blanc. Taka mała nagroda dla nas. Wierzchołek Breithorn 4164m n.p.m. osiągamy już o godzinie ósmej. Wchodzimy tam bez zdejmowania nart, jest przepięknie, jesteśmy sami, robimy zdjęcia i krótkie ujęcia filmowe. Potem zjeżdżamy do namiotu. Zjazd nie przedstawia większych trudności technicznych, nachylenie do 40 stopni, jest bardzo szeroki. Następnie zwijamy obóz i bierzemy się na dół. Nie jesteśmy w stanie zaryzykować czwartej nie przespanej nocy, bolą nas oparzone twarze. Słońce i wiatr nas nie oszczędziły. Trzeba też wracać do Polski, najpóźniej jutro. Wchodzimy na Breithorn plateau i zjeżdżamy pustymi nartostradami do Trockener Steg, dopiero teraz widzimy jak daleką drogę pokonaliśmy fot Marisuz Lubosz tymi ciężkimi plecakami. W Zermatt dobija nas panujący tam upał - całe 17 stopni w plusie, przez chwilę tęsknimy za naszym chłodkiem, tam w górze. Lecz tu przynajmniej nie wieje. W niedziele jesteśmy już w domu i liżemy rany.

Mimo wszystko wyjazd można zaliczyć do bardzo udanych. Zdobyliśmy nowe doświadczenia, a jakie widoki były! Na pewno wrócimy tam w przyszłym roku, wyrównać rachunki, mamy nadzieję, że w większym gronie. Co przeżyliśmy zapamiętamy na zawsze. Miały być cztery czterotysięczniki, był tylko jeden. Można tu zacytować fragment komentarza z filmu „Zjazd”- „ Góry to żywy organizm. Jeżeli mówią Ci że możesz to zrobić, lecz nie dziś, musisz to usłyszeć” My usłyszeliśmy. Jesteśmy wdzięczni, że pozwoliły nam zdobyć na nartach choć ten jeden czterotysięcznik.

Dziękuję Janek.

Mario

JavaScript is disabled!
To display this content, you need a JavaScript capable browser.


... i zapraszam do obejrzenia galerii zdjęć.

 
Przetłumacz stronę na język angielski Wersja językowa - niemiecka

Licznik odwiedzin

Dzisiaj >167
Wczoraj >231
W tygodniu >615
W miesiącu >4643
Wszytskie >542574

Odwiedza nas

Naszą witrynę przegląda teraz 54 gości 

Ta strona używa cookie. Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. To find out more about the cookies we use and how to delete them, see our privacy policy.

I accept cookies from this site.

EU Cookie Directive Module Information