Spacer internetowy

     z wyprawy na największy masyw górski w Alpach .:.
Start .:. Relacje .:. Wyprawy .:. Kazbek 5047 m npm zimą - relacja
Kazbek 5047 m npm zimą - relacja Drukuj Email
Ocena użytkowników: / 14
SłabyŚwietny 
Relacje - Wyprawy
wtorek, 02 marca 2010 20:31

zdobywcygor.pl - na szczycie KazbekuDochodziła 14 spojrzałem przed siebie, lina  dalej luźna, ale Robert skinął na mnie abym szedł dalej.  Był już na szczycie.  15 metrów za mną  Irek, jeszcze 50 kroków i jestem obok Roberta, chwilę później dochodzi  Irek.

Padamy sobie w ramiona, widok ze szczytu zapiera dech w piersiach, łzy radości spływają na policzki, Jestem najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi.

Cały Kaukaz u naszych stóp. Daleko na horyzoncie ośnieżony Elbrus, bliżej nas ośnieżone po sam czubek zbocza Kaukazu, na północ skalne szczyty, skąpane w promieniach słońca, wszystko jak na dłoni, jak w bajce, nierzeczywiste, a jednak prawdziwe.

Wspaniała słoneczna pogoda, niewielki wietrzyk, temperatura ok. -8 stopni, najpiękniejsza góra Kaukazu   KAZBEK,    Z D O B Y T A,  to coś co  24 godziny wcześniej było tylko marzeniem każdego z nas. Teraz tylko zejść na dół i możemy uważać się za zdobywców góry Kazbek w warunkach zimowych, co jednak nie okazało się takie proste i oczywiste.

Jest sobota 13 lutego 2010, jutro wylatuję do Gruzji,  wszystko spakowane, ostatnie chwile z rodziną, kolacja, spacer i krótki sen przed wyjazdem na OKĘCIE.

Międzylądowanie w Rydze, kilka godzin na ławce w sali odpraw, lot do Tbilisi.

Na lotnisku w stolicy Gruzji czeka na nas kierowca, zakup żywności ,kartuszy z gazem, śniadanie, i jedziemy 170 km do Gergeti, wioski u stóp Kazbeka. Wachtang, tak ma na imię nasz kierowca zawozi nas do Alika, gospodarza u którego przenocujemy i zostawimy zbędne rzeczy . Rankiem ruszamy . Brak śniegu zmusza mnie i Roberta do przypięcia nart do i tak już ciężkich bo ważących  30 kg plecaków. Irek i Mirek mają rakiety śnieżne a więc po kilka kilo mniej.  Nasz gospodarz odprowadza nas poza wioskę i wskazuje drogę do monastyru Tsminda Sameba skąd prowadzi szlak do znajdującej się  na wysokości 3700 mnpm stacji meteo. Dzięki uprzejmości miejscowych alpinistów otrzymujemy do niej klucz.

Po godzinie marszu pojawia się śnieg,  więc zakładamy narty, jest troszkę lżej, chociaż plecak przygniata do ziemi. Około 17-tej docieramy do przełęczy na wysokości ok. 3000 mnpm, na której postanawiamy rozbić namioty.

Pogoda cały dzień wietrzna, z opadami śniegu i niewielkimi przejaśnieniami. Do zachodu słońca jeszcze trochę czasu, a więc z Robertem podchodzimy na nartach na pobliską górę ,ok. 150 m ponad przełęczą, i zjeżdżamy  dziewiczym zboczem do naszego obozu. W nocy mocno wieje , niewielki opad śniegu ,temp. ok. -15 stopni.

Rankiem pogoda bez zmian; odkopujemy namioty, coś ciepłego do zjedzenia, i ruszamy do meteo. Jest ciężko, wysokości nie ubywa, a my deptany już kilka godzin, w końcu docieramy do lodowca dzielącego nas od stacji.  Zakładamy  uprzęże i lotną asekurację, wyciągam GPS   i ruszam przez lodowiec, za mną Irek, następnie Mirek,i tramwaj zamyka Robert. Co 50-100 kroków zatrzymuję się, sprawdzam kierunek i  teren przed sobą, i dalej naprzód z nadzieja że ani ja , ani nikt z moich kolegów nie wpadnie w jakąś szczelinę.

Po 2 godzinach marszu przez lodowiec jesteśmy pod meteostacją,  jeszcze tylko to zbocze jakieś 100 metrów przewyższenia i będziemy w „domu”. Ta myśl dodaje sił i pół godziny później zrzucam z siebie ciężki plecak. Noc na pryczy jest jak wybawienie.

Rankiem rozglądamy się po budynku jest mocno zaniedbany, by nie powiedzieć że wygląda jak stara rudera, ale solidne ściany i w miarę szczelne okna powodują że przynajmniej nie wieje, w środku jest jakieś minus 7 stopni ,na zewnątrz  wiatr ok.60 km /h.

Dzień restu  bardzo nam się przyda. Gotujemy wodę w jetboilach, zalewamy liofy, i ciepły posiłek dodaje nam  sił . Postanawiamy sprawdzić teren  jaki będziemy musieli przejść w nocy podczas ataku na szczyt. Niestety warunki są tak trudne że po godzinie marszu wracamy. Zziębnięty postanawiam nadwyrężyć gościnność Gruzinów i rozpalam ogień w kozie znajdującej się w pomieszczeniu gdzie rozwaliliśmy  się z naszymi garami, kilka szczap drewna pozwala na roztopienie śniegu  i zagrzanie wody w wielkim aluminiowym garze, wystarcza na kolację i małą higienę po kilku dniach drogi od cywilizacji.

Temperatura w kuchni podskoczyła w okolicę zera, uruchomiłem radio, z którego muzyka rekompensuje nam brak gruzińskiego wina, ale i na to przyjdzie jeszcze czas, gramy w domino, i czekamy na prognozę pogody otrzymywaną regularnie drogą satelitarną , dzięki naszej koleżance Izie,, która z Polski przesyłała najważniejsze informacje. Prognozy na najbliższe dni  niestety bez zmian;  temperatury dalej w okolicy 15 poniżej zera wiatr ok. 50km /h i opady śniegu. Mamy jeszcze kilka dni na zdobycie szczytu.  Następnego dnia bez zmian; śnieg, wiatr, mała widoczność. Po 12-tej postanawiamy wyruszyć na rekonesans. Przy pierwszym żlebie okazuje się, że opad śniegu był na tyle duży,  że istnieje zagrożenie lawinowe i musimy wspiąć się jego brzegiem na wypłaszczenie powyżej żlebu i stamtąd trawersować w kierunku waypointów  zaznaczonych w gps-ie, które prowadzą na szczyt. Idąc w zawiei udaje się nam dostrzec  charakterystyczne znaki na drodze, opisane w przewodnikach, a więc tzw  „biały” i „czarny”  krzyż.

Dochodzimy do lodowca zakładamy uprzęże i lotną asekurację, i przemy naprzód aż do osiągnięcia wysokości  4000 mnpm. To tyle na dziś postanawiamy wrócić .

Narty zostają w końcu wykorzystane do właściwego celu. Zjeżdżam  z Robertem w świeżutkim śniegu łagodnymi żlebami i zatrzymujemy się  jakieś 100 metrów poniżej stacji.  Jazda w puchu sprawia że mamy ochotę na kolejny zjazd ze zbocza powyżej meteo, jednakże poprawiająca się pogoda daje nadzieje, że może tej nocy wyruszymy na szczyt, a więc idziemy odpocząć.

Trzecia w nocy; gwiazdy na niebie; zero wiatru; temp. – 9 stopni, idealne warunki na atak szczytowy .

W bazie zostaje Mirek , który z powodu przebytej przed wyjazdem choroby ma kłopoty z dotrzymaniem nam kroku. Dochodzimy do 4000, jest dalej ciemno, idziemy już na wyczucie, po godzinie zaczyna świtać , jest trochę raźniej. Robert zmienia mnie jako prowadzącego i podkręca tempo. Docieramy na platou, widoki robia niesamowite wrażenie, jesteśmy na 4450 m.npm.; jeszcze sporo przed nami.

I tu niespodzianka;północno- zachodnia cześć lodowca jest zupełnie wywiana; Robert sonduje drogę kijkami, które prawie za każdym razem przebijają swobodnie cienka warstwę śniegu skrywającego głębokie szczeliny.

Przejście 500 metrów w linii prostej i pokonanie 50 metrów przewyższenia zabiera nam najdłuższą godzinę w moim życiu. Zmarznięty tracę nadzieję na zdobycie szczytu przed upływem ustalonego czasu,  tj godz 14tej.

Jesteśmy na 4600m; śnieg jak beton, bruzdy na kilkadziesiąt centymetrów, płaty nawianego śniegu, to wszystko powoduje że podchodzenie na nartach jest bardzo trudne, a zjazd wręcz niemożliwy, zakładamy więc  raki, a narty i rakiety zostawiamy, i w górę.

Na przełęczy tj 4900mnpm  zostawiamy plecaki i zostaje nam 100 metrowe podejście stokiem o nachyleniu ok. 50 stopni;  śnieg mocno zbity, raki i czekan trzymają dobrze, krok za krokiem i mijamy największe nachylenie jeszcze tylko kilkadziesiąt metrów i po 8 godzinach i 40 minutach od wyruszenia z bazy jesteśmy na SZCZYCIE.

 25 minut w które pokonaliśmy przejście z przełęczy, dało nam trochę w kość lecz kilkanaście minut na zdjęcia i podziwianie widoków które utkną w naszej pamięci do końca życia, daje nam  siły i schodzimy w dół , przed nami długa niebezpieczna droga, o czym przekonaliśmy się już po godzinie.

Pierwszy incydent miał miejsce na platou, gdzie jedna z „kładek śnieżnych ”nad szczelinami, rozgrzana przez słońce zapada się pod Robertem, któremu po kilku minutach udaje się wydostać z lodowej pułapki.

Zjeżdżamy bardzo powoli , aby Irek idący na rakietach mógł nam dotrzymać kroku, jest to dość męczące, ale bezpieczeństwo jest najważniejsze. I tu nasuwa się cytat kolegi Irka „dopiero będąc w wysokich górach zdani jedynie na swoje możliwości doceniamy nasze życie”.

Słoneczko mocno przygrzewa, i opiera się o zmarznięte zbocza ,z których raz po raz odpadają drobne kamienie, przecinając nam drogę . Kazbek nie zostawia nas bez wrażeń gdyż nagły huk zwraca naszą uwagę na pędzący w na nas ogromny głaz. Stajemy jak wryci na jakąkolwiek reakcję  jest za późno. Na szczęście głaz mija Roberta o kilka metrów.

Przed 18-tą dochodzimy do bazy, zmęczeni ale szczęśliwi jak nigdy dotąd. Jutro schodzimy do wioski- wyprawa dobiega końca, ale my mamy jeszcze sporo dni na zwiedzanie Gruzji, delektowanie się tutejszym winem i smakowaniem najrozmaitszych potraw.

Ps. Najpiękniejsze chwile z tego wyjazdu dedykuję mojej żonie Kasi, a moim trzem kolegom którzy byli ze mną w tym czasie, życzę kolejnych tak udanych wyjazdów i dziękuje za towarzystwo.

Zapraszam do galerii zdjęć

Pozdrawiam  Janek Kubica    

 
Przetłumacz stronę na język angielski Wersja językowa - niemiecka

Licznik odwiedzin

Dzisiaj >198
Wczoraj >243
W tygodniu >441
W miesiącu >4270
Wszytskie >527630

Odwiedza nas

Naszą witrynę przegląda teraz 13 gości 

Ta strona używa cookie. Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. To find out more about the cookies we use and how to delete them, see our privacy policy.

I accept cookies from this site.

EU Cookie Directive Module Information