Spacer internetowy

     z wyprawy na największy masyw górski w Alpach .:.
Start .:. Relacje .:. Wyprawy .:. SALEWA EIGER 2008
SALEWA EIGER 2008 Drukuj Email
Ocena użytkowników: / 3
SłabyŚwietny 
Relacje - Wyprawy
Wpisany przez Wojtek   
wtorek, 24 marca 2009 22:59

 Salewa Eiger

Po zdobyciu MönchCel: Eiger 3970 m n.p.m.
Data wyprawy: 8-10-08-2008
Uczestnicy: Wojtek i ekipa z całej Europy
Warunki i przebieg wyprawy: słońce, słońce, słońce, wiatr i mróz.

Relacja z wyprawy Projekt SALEWA EIGER 2008


"Podróżować, doznawać wrażeń i uczyć się - znaczy żyć"
Szerpa Tenzing, "Człowiek Everestu"


Eiger obchodzi w tym roku podwójne urodziny! W 2008 mamy zarówno 150-lecie pierwszego wejścia i 70-lecie legendarnego pierwszego wejścia północną ścianą. Aby uczcić te monumentalne rocznice, SALEWA pomoże wspinaczom z całej Europy w realizacji ich marzenia: będą mogli wspiąć się na słynny Eiger historyczną północnowschodnią granią - Mittellegigrat. SALEWA wraz z partnerami medialnymi oferuje szansę na wspięcie się na Eiger dla jednej wybranej osoby. Przewodnicy górscy z SALEWA alpineXtrem będą prowadzić grupę, która zakosztuje spektakularnej ekspozycji, jaką oferuje północnowschodnia grań. Na tę jedyną okazję SALEWA wyposaży uczestników w niezbędny sprzęt, zapewni wsparcie organizacyjne oraz przewodników górskich. Zmagania uczestników uwieczni profesjonalny fotograf, dokumentując pot, zmęczenie i szczęście towarzyszące wyprawie. Nic tak nie potwierdza emocji i autentyczności jak współdzielenie pasji SALEWY do gór.

Cała przygoda zaczęła się gdzieś na początku kwietnia podczas rozmowy z kolegą na temat wyjazdu w Dolomity. Pochwalił się, że właśnie wysłał formularz zgłoszeniowy do projektu SALEWA EIGER 2008. Podokuczałem mu w swoim uszczypliwym stylu, że przecież nie ma najmniejszych szans, aby coś takiego mogło się udać - zostać jednym z tych, którzy zdobędą tę majestatyczną górę. Jednak wieczorem zajrzałem na stronę informacyjną i po jej przeczytaniu stwierdziłem dlaczego nie - przecież jestem Zdobywcą, trzeba dać losowi szansę. I tak wieczorami zacząłem przygotowywać prezentację swojej osoby. Wierzyć lub nie, ale e-mail ze zgłoszeniem wysłałem rzutem na taśmę w ostatnim ustalonym dniu. Zaczął się okres oczekiwania, mijały tygodnie a rezultatu żadnego. Do pierwszego głównego terminu: 4-6 lipca był już 2 tygodnie, więc zdałem sobie sprawę, że to jednak nie tym razem.
Wszystko zmieniło się w poniedziałek 23 czerwca, kiedy to zadzwonił telefon, w którym usłyszałem głos Jacka Grzędzielskiego - Dyrektora Generalnego Salewy Polska z pytaniem czy chcę wsiąść udział w projekcie. W tym czasie przechodziła przez moją miejscowość olbrzymia burza, która uniemożliwiała spokojną rozmowę. Zaproponowałem, że oddzwonię jak się uspokoi. Byłem w szoku ... Zastanawiałem się jak to możliwe, że zostałem wytypowany?? Okazało się, że pierwszy termin został odwołany, a osoba która została wybrana jako pierwsza nie mogła uczestniczyć w alternatywnych terminach. Szalałem z radości! Kilka telefonów z informacją do kolegów z sekcji górskiej, którzy stwierdzili że sobie żarty robię i nie potraktowali tego poważnie. Sam dalej nie wierzyłem. Jednak po 2 godzinach zdzwoniłem do Jacka, potwierdzając chęć uczestnictwa, uzyskałem również wstępne informacje i wskazówki.
Następnym terminem wyjazdu był 25-27 lipiec. Okres oczekiwania, przebiegał pod dyktando wyjazdu. Postanowiłem poprawić swoją kondycję fizyczną, zwiększając swój standardowy zakres zajęć. Po niedługim czasie dostałem przesyłkę z zestawem odzieży i sprzętu firmy SALEWA, którą się oczywiście bardzo ucieszyłem, tym bardziej że wszystko pasowało jak ulał.
Było późne popołudnie w dzień przed wyjazdem, ostatnie przygotowania do wyjazdu kiedy to zadzwonił telefon. Nie zwracając specjalnej uwagi na numer, który się wyświetlił odbieram i słyszę /w tłumaczeniu/: "Cześć, tu Jurg Rusch - Salewa Austria. Czy wybierasz się do Grindelwaldu w Szwajcarii, aby wziąć udział w naszym projekcie. Tak! Oczywiście! - odpowiedziałem. Słuchaj mamy problem z pogodą. Decyzja zapadnie jutro w południe. Będę w kontakcie. OK do usłyszenia." No to super. Od decyzji do godziny zero będzie 24 h a ja będę miał 1600 km do przejechania. Będę wypompowany, zmęczony. Mój wyjazd nabrał czarnych kolorów. Nazajutrz jednak zapadła decyzja o przeniesieniu wyjazdu na ostatni termin 8-10 sierpnia.
Tym razem zabezpieczyłem się przed niespodziankami i namówiłem kolegę Przemka, aby pojechał ze mną. Co 2 kierowców to nie 1. Tym razem oczekiwałem na e-mail potwierdzający wyjazd. Analizowane serwis pogodowe nie wróżyły jednak i tym razem dobrej pogody. Ale mimo to otrzymałem informację, że projekt się odbędzie. Wyjechałem z domu po godzinie 4 rano - dzień przed planowanym spotkaniem. Przed 9 byliśmy już w drodze razem z Przemkiem. Uciekały kilometry i czas, ustaliwszy zmiany co 200 km, tak aby się za bardzo nie zmęczyć. GPS pokazywał połowę drogi kiedy to na fot. Wojciech Wałczykautostradzie w Niemczech zepsuł się nam samochód. Nikt by się chyba tego nie spodziewał, a pękła rura doprowadzająca powietrze do turbiny. Byłem załamany - jednak Polak potrafi. Udało nam się kupić cudowną - często używaną w górach szarą zbrojoną taśmę klejącą do celów "ratunkowych". Na parkingu przy markecie rozebraliśmy trochę silnika, zawinęliśmy rurę z 15 razy, tak że z gumowej zrobiła się prawie stalowa. Była to nasza 3 udana próba jej naprawy. Na miejsce dojechaliśmy o 4 rano, czyli dobę po moim wyjeździe z domu. Zwiedziliśmy Grindelwald w poszukiwaniu Centrum Sportu, przy którym na parkingu poćwiczyliśmy oczko. Przemek pojechał pierwszym pociągiem na górę - jego zamiarem było zdobycie Munch i Jungfrau.
Spakowałem się i postanowiłem sprawdzić zaopatrzenie sklepów w Grindelwald i jakość serwowanej kawy w licznych restauracjach w centrum miasta. Miło było pić expresso, patrzeć jak pomiędzy białymi obłokami przebijała się grań i szczyt Eiger zastanawiając się jak to będzie? Czy uda się go zdobyć? Czy może coś stanie na przeszkodzie?
Spacerując zostałem zaczepiony z zapytaniem czy biorę udział w projekcie Salewy. Potwierdzając ten fakt przedstawił mi się Filip z Francji. Mówiąc mu, że jestem z Polski uśmiechnął się i powiedział, że jego babcia była Polką. Szybko znaleźliśmy wspólne tematy i czas na jeszcze jedną kawę.
Początek spotkania był ustalony na godzinę 11, lecz ja razem z moim nowo poznanym kolega udaliśmy się godzinę wcześniej do miejsca spotkania - Grindelwald Sports. Byliśmy pierwsi. Zastaliśmy tam całą ekipę przewodników, fotografów no i oczywiście szefa wyprawy Jurga Rusha podczas przygotowań. Na podłodze w półkolu przygotowany był już opisany sprzęt osobisty dla każdego z uczestników z flagą danego państwa. Dużym zdziwieniem był dla nas fakt, iż na kartkach z imieniem i nazwiskiem znalazły się trzy kobiety - przecież mieli być sami mężczyźni. Za oknami na niskim pułapie wisiały ciemne chmury. Kolejno pojawiały się nowe osoby z rożnych państw Europy. Po zamknięciu listy obecności: Norbert - Austria; Bart - Belgia; Mirek - Czechy; Philippe - Francja; Daniela - Niemcy; Frank - Holandia; Linda - Włochy; Anja - Szwajcaria i ja z Polski nastąpiło oficjalne powitanie, przedstawiony plan spotkania, ogólne wskazówki i wzmianka o niespecjalnych prognozach na dzień następny. Do każdej osoby przydzielony został przewodnik. Moim został bardzo sympatyczny młody Szwajcar o imieniu Chrigel. Szybkie przekazanie szpeju, przepakowanie plecaka i samochodami zjechaliśmy do stacji Grund, z której po krótkim oczekiwaniu wyjechaliśmy kolejką do stacji pośredniej Kleine Scheidegg. Następna część podróży do stacji Eismeer na wysokości 3160m npm prowadziła w tunelu wykutym w skale masywu Eiger - Munch na przełomie XIX i XX wieku. Prowadzi on, aż do samej góry na wysokość 3454 m npm. Odległość między ścianą tunelu, a wagonikiem dochodziła w niektórych momentach do 10 cm. Około 13:30 wysiedliśmy na stacji Eismeer. Przy dużych oknach widokowych założyliśmy sprzęt, związaliśmy się liną i ciasnym korytarzem schodzącym w dół zeszliśmy do lodowca. Jego przejście zajęło nam około godziny. Szliśmy wzdłuż wschodniej ściany w kierunku północnym, gdzie doszliśmy do południowej ściany Eigeru. Tutaj utworzyła się kolejka, gdyż pierwszy odcinek, około 150m drogi wymagał asekuracji wykorzystując ekspresy na ospitowanej drodze. Dodatkowym utrudnieniem była mgła, padający deszcz ze śniegiem, a w efekcie śliska skała. Później różnie eksponowanym zboczem po następnej godzinie drogi dotarliśmy na miejsce. Naszym celem była Chata Mittellegi leżąca na wysokości 3350 m npm na północnowschodniej grani Mittellegigrat. Niestety zamiast pięknych widoków z grani były tylko chmury ograniczające widoczność do 50 m i bardzo mocny wiatr. Warto zauważyć, że droga nie jest oznaczona i po raz pierwszy można było zobaczyć jak duże jest doświadczenie przewodników, którzy bezbłędnie prowadzili do celu. Ekipy docierały w różnych odstępach czasu, więc zagrzewając się ciepłą herbatą w oczekiwaniu na ostatnią przeglądaliśmy albumy i kroniki zgromadzone w chacie. Atmosfera była bardzo sympatyczna i przyjazna pomimo tego, że wszyscy znali się zaledwie od kilku godzin. Po wspólnym obiedzie zdegustowaliśmy butelkę wytrawnego wina, które poprawiło nam trochę humory, bo za oknem dalej nie było poprawy. Mocny wiatr dawał nutę nadziei, że pogoda następnego dnia pozwoli na wspinaczkę na Eiger. Jurg po rozmowie z przewodnikami ustalił, że decyzję podejmą rano. Przed wieczorem przez moment rozwiały się chmury i 1500 m poniżej można było zobaczyć Grindelwald. Po 20 położyłem się spać - chciałem trochę odespać wcześniejszą zarwaną jazdą noc. Pobudka została ustalona w 2 ratach na 4:45.
Obudził mnie charakterystyczny odgłos chodzenia w rakach po metalowym podeście - kratownicy. Pierwsze co zrobiłem to spojrzałem przez okno. Było jeszcze ciemno, ale poświata od lampy z przed wejścia wyjaśniła wszystko. W nocy padał śnieg co mogło być równoznaczne z jedną decyzją - nie wspinamy się na Eiger. Taki tez zapadł wyrok, a alternatywnie został wybrany Munch 4110m npm, ze względu na łatwiejszą i bezpieczniejsza wspinaczkę. Szybkie śniadanie, ubieranie i pakowanie. Panuje spokój, mało kto mówi więcej niż potrzeba. Wszyscy uczestnicy projektu są mocno zawiedzeni, bo przecież tu po to przyjechali. Każdy zdawał sobie sprawę, że w takich warunkach mogłyby się wspinać zespoły które mają do siebie pełne zaufanie, odpowiednie doświadczenie - a tego nie był nikt w stanie określić. Było kilkanaście minut po 5, a Chris czekał już przygotowany na mnie przed schroniskiem. Założyłem raki, zawiązałem ósemkę i byliśmy gotowi do drogi. Zamiast do góry to schodziliśmy w dół. Warunki były trudne. Warstwa mokrego śniegu przysłaniała miejsca w których można było bezpiecznie postawić nogę. Kilkakrotnie słychać było osuwające się spod nóg kamienie. Światło czołówek tonęło w gęstej mgle, a tym samym ciężko było trafić do stanowisk zjazdowych, których było chyba z 7. Wszyscy pomagali sobie nawzajem: to udostępniali liny do zjazdu, czy tak jak w naszym wypadku zrobiliśmy poręczówkę. Dzięki dobrej współpracy zejście do lodowca zajęło nam około 1,5 godziny. Po jego przejściu mieliśmy dotrzeć do stacji, z której wczoraj wychodziliśmy. Dotarliśmy o 7 godzinie do lodowca jako 2 lub 3 para. Po chwili postoju ruszyliśmy jako pierwsi. Słowa uznania i pełen szacunek mam dla Chrisa, który przy mgle ograniczającej widoczność i rozeznanie w terenie doprowadził nas tylko z 1 małą pomyłka do celu. Chwilami wydawało mi się , że ma wszczepiony GPS. Często sprawdzał mój stan gotowości, czy aby na pewno jestem w stanie go zaasekurować, gdy przechodził przez niepewny teren lub omijał szczeliny. Dotarliśmy wszyscy do stacji, gdzie przy tych samych oknach widokowych co wczoraj ubieraliśmy się, a dzisiaj rozbieraliśmy raki, uprzęże i kaski. Ku naszemu zaskoczeniu nagle chmury zniknęły i pojawiło się piękne słońce. Dzięki temu zobaczyliśmy po jak bardzo niebezpiecznej drodze szliśmy przez lodowiec. O 9:05 przyjechał pociąg, który na każdej stacji robi 5 min przerwę dla turystów /w większości skośnookich/ na podziwianie pięknych widoków z okien wykutych w skale. Wyjeżdżamy na górę i kierujemy się długim tunelem do wyjścia w kierunku północnym, prowadzącym później oznaczoną drogą przez lodowiec do schroniska pod Monchem "Mönchsjoch Hut". Po półgodzinnym podejściu zatrzymujemy się niedaleko grani prowadzącej na szczyt. Przed rozpoczęciem wspinaczki, krótka sesja fotograficzna - stajemy wszyscy do pamiątkowego zdjęcia, na którym każdy z uczestników będzie trzymał flagę swojego państwa. Pierwszy raz w życiu miałem okazję reprezentować swój kraj i to w takich okolicznościach. Przygotowani do drogi, znowu związany z Chrisem startujemy po 10-tej w górę. Każda ekipa idzie wg własnego tempa ograniczanego przez dużo ilość alpinistów chcących zdobyć tę górę. Łatwa dostępność powoduje, że często trzeba czekać w wąskich fragmentach grani, aż przejdą osoby idące wolniej. Chris próbuje omijać "korki bocznymi drogami", gdzie jest trudniej i ciekawiej. W taki sposób moje nowe spodnie zaliczyły dziurkę od raków. Na szczęście niedużą, ale byłem zły bo był to centymetr powyżej stuptutów. Pogoda zmieniła się, nad nami było czyste niebieskie niebo, widoczność bardzo dobra, zrobiło się przyjemnie, chociaż wiatr na grani dawał o sobie znać. 2/3 drogi prowadziło skalistą granią, gdzieniegdzie przysypaną śniegiem. Później był już tylko śnieg. Jak często odwiedzany jest ten szczy świadczy chociażby ścieżka w grani wydeptana na dobre pół metra. 100 metrów przed szczytem załapaliśmy się na mała sesję fotograficzną, z flagą włącznie. Na wierzchołku Muncha 4110 m npm stanęliśmy o 12:30 - gratulacje, sesja zdjęciowa i wymuszony na Chrisie 10 min postój na podziwianie tego co zdobyte i nie. Najbliżej nas, jak na dłoni - ponad 100 m niższy Eiger. Małe wyobrażenie jak to mogło być, przecież niedużo brakowało, a stalibyśmy dzisiaj na jego szczycie. Darmo narzekać, dlatego też obiecałem sobie, że jeszcze tu wrócę z zamiarem jego zdobycia. Ale odwracając się o 180 stopni widziałem Dufourspitze 4634 m npm, Breithorn 4164 m npm. - szczyty na którym stanąłem rok temu. W oddali widoczny był również masyw Mont Blanc. Co tu dyzo mówić: pięknie, pięknie, pięknie... Jeśli ktoś zapytałby mnie po co to robię, to odpowiedziałbym, że właśnie dla takich chwil. Dopiero rano była mgła, mokry śnieg, śliskie skały, szczeliny w lodowcu, zimno a kilka godzin później czyste niebo, słońce, wspaniała widoczność i zdobyty szczyt - wynagrodzenie włożonego trudu.
Zejście poszło nam 2 razy szybciej niż wyjście, może dlatego że nie było "korków" i na dole byliśmy przed godziną 14. Było tak pięknie, że namówiłem jeszcze Filipa na trochę zwariowanych zdjęć. Wspólnie razem zeszliśmy do stacji Jungfraujoch, podziwiając egzotycznych turystów - a szczególnie ich wyobraźnie dotyczącą stroju i obuwia jak na warunki występujące na takiej wysokości. Po dojściu do stacji siedzieliśmy wszyscy w zatłoczonym barze w oczekiwaniu na kolejkę, której odjazd był o 15:40 pijąc różnego rodzaju płyny uzupełniające nasze organizmy. Na miejsce dotarliśmy po 40 min jazdy, podczas której większość, nawet przewodnicy ucięła sobie krótką drzemkę. Po przyjeździe udaliśmy się do jednego z barów, gdzie zimnym browarem uczciliśmy zdobycie Muncha, a równocześnie było to pożegnanie z przewodnikami. W zanadrzu miałem przygotowany wydrukowany baner z logiem projektu, z którym oczywiście na szczycie zrobiłem sobie zdjęcie, a teraz pozbierałem na nim podpisy od całej ekipy na pamiątkę. Rozstaliśmy się z przewodnikami i fotografami, którzy przez cały czas celowali w nas swoimi profesjonalnymi obiektywami. Efektem tego jest cała płytka dvd zdjęć, przez co pierwszy raz mam kilka naprawdę świetnych fotek. Później udaliśmy się do hotelu nieopodal stacji kolejowej, gdzie mieliśmy spędzić noc. Po godzinie 19 byliśmy już odświeżeni i siedzieliśmy przy stolikach przed hotelową restauracją, skąd mieliśmy wspaniały widok na triumwirat Eiger, Monch oraz Jungfrau. Zakończeniem dnia i podsumowaniem projektu była wspaniała kolacja. Jako, że pośród nas był tak znany i doświadczony człowiek jak Christoph Hainz, który niedawno wyznaczył nową drogę na Północnej ścianie Eiger prowadzącej na Magiczny Grzyb (600 m, skala trudności 7c) opowieści nie było końca. Nie zabrakło również okazji do robienia zdjęć - czyste niebo, zachodzące słońce oświetliło czerwonymi promieniami trzy wspaniałe szczyty, jakby chciało jeszcze w jeden sposób wynagrodzić nam razem spędzony czas. Zmęczone organizmy po całym dniu wysiłku, domagały się snu, więc stosunkowo wcześnie bo przed godziną 23 położyliśmy się spać. Obudziło nas piękne poranne słońce i czyste niebo. Aż żal, że tak nie było dzień wcześniej. Bardzo wcześnie zjedliśmy śniadanie, po którym już spakowani udaliśmy się na stację,aby zjechać do stacji Grund. Na dole byliśmy o godzinie 10, gdzie odbyło się ostatnie podziękowanie i pożegnanie z uczestnikami. Każdy udał się w swoją stronę.
Ja miałem spotkać się z moim kolegą Przemkiem, ale niestety jego telefon był poza zasięgiem. Dopiero około godziny 13 udało nam się wspólnie odnaleźć. Po szybkim spakowaniu udaliśmy się w drogę powrotną do kraju, która tym razem obyła się już bez niemiłych niespodzianek. Do domu dotarłem następnego dnia po 9 rano.
Kończąc relację chciałbym złożyć na ręce Jacka Grzędzielskiego podziękowania firmie SALEWA za możliwość uczestnictwa w projekcie, dzięki któremu miałem możliwość spotkania się z ludźmi z całej Europy mających tę sama pasję - G Ó R Y!

Do zobaczenia na szlaku!
Wojtek


Ja na szczycie Muncha 4110 m npm salewa eiger 2008 - www.zdobywcygor.pl

 Szwajcaria Mönch 4110 m n.p.m. - fot. Alex Buschor

 
Przetłumacz stronę na język angielski Wersja językowa - niemiecka

Licznik odwiedzin

Dzisiaj >200
Wczoraj >243
W tygodniu >443
W miesiącu >4272
Wszytskie >527632

Odwiedza nas

Naszą witrynę przegląda teraz 36 gości 

Ta strona używa cookie. Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. To find out more about the cookies we use and how to delete them, see our privacy policy.

I accept cookies from this site.

EU Cookie Directive Module Information